Wstaję rano z niechęcią do świata, marząc by to wszystko się skończyło, by przepadło raz na zawsze, jednak nie chcę umierać sama, boję się śmierci w samotności.
Niby mam kochającą mnie rodzinę, która ma mnie gdzieś i chce tylko bym ich w przyszłości utrzymywała. Zostałam zabawką, na której każdy może się wyżyć, więc śmiało -zapraszam.
Patrzę na promienie słoneczne, ze strachem i smutkiem.
Byłam głupia myśląc, że dla kogoś coś znaczę. Byłam głupia mając nadzieję, na to, że coś się zmieni na lepsze. Każdy z nas wie, że to przecież niemożliwe. Są tylko dwie grupy ludzi- Ci wygrani i Ci przegrani. Nie ma grupy po środkowej , albo jak kto woli-neutralnej.
Ja jestem w tej grupie przegranych, to przecież oczywiste. Jedyne co potrafię, to staczać się na dno i siedzieć w tym gównie.
Spojrzałam jeszcze raz na swoje odbicie i zamarłam. Po policzkach spłynęło kilka łez. Tak, nienawidziłam siebie, wmawiając sobie, że to inni są źli. Jak to przecież tylko i wyłącznie moja wina.
Kiedyś nawet byłam katoliczką, ale to minęło-Bóg istnieje, ale tylko obserwuje.
Ja nie chcę kolejnego obserwatora, bo wtedy nie zasługuje na miano Boga, lecz zwykłego człowieka.
Ludzie też potrafią się tylko bezczynnie innym przyglądać.
Nie mogę już wytrzymać tego ciągłego bólu. Znikam z tego świata, daleko stąd...
Dlaczego ? Jak ?
Takie pytania same się narzucają. Jak ? Zwyczajnie- uciekam stąd, od was wszystkich, najdalej jak się tylko da. Tonę w oceanie, żalu i cierpień. Przeglądam się w lustrze smutku. Patrzę na siebie z nienawiścią. Błagam by zniknąć, stąd na zawsze...
Nie mogąc dalej znieść tego odbicia, uderzam ręką w zwierciadło, rozbijając szkło na kawałki.
Czy boli ?
A nawet jeśli, to co ? Nie, nie boli mnie to. Nie czuję już bólu fizycznego, został tylko ten psychiczny...
Otulam się ciemnością, która mnie pochłania. Nie tamuję, krwawienia. Pozwalam łzom płynąć swobodnie po policzkach. Uśmiecham się sama do siebie z goryczą i żalem, ale przede wszystkim nienawiścią.
Tak uśmiech wcale nie musi być szczęśliwy.
Coraz więcej łez spływa po moich policzkach, a niektóre odłamki szkła, które trzymałam, coraz mocniej wbijały się w dłoń, pod wpływem zaciśnięcia jej.
Nie sprawiało mi to bólu, a przynajmniej w tej chwili tak myślałam.
Dalej stała na środku ciemnego pokoju, patrząc się obecnie w szarą i poniszczoną ścianę.
Nikogo jak zwykle przy mnie nie było. A zresztą i tak każdy kazał mi zdychać.
Na początku myślałam, że to nie będzie bolało, jednak teraz już wiem jak strasznie się myliłam.
Zamknęłam powieki. Nie było sensu mieć otwartych oczu, skoro i tak widziałam tylko pustą ciemność.
Poczułam, że z każdą sekundą słabnę. Puściłam odłamki szkła trzymane w ręce. Chciałam już mieć to za sobą, ale COŚ mi na to nie pozwoliło.
Dalej już nic nie pamiętam, z wyjątkiem mocnego szarpnięcia i upadku, ze skutkiem uderzenia głową o podłogę.
****